:: Bajki :: Stefanek

Stefanek
 
Obrazek

– Jutro jest jarmark w naszym miasteczku.
Nie byle jaki. Roczny, syneczku.
Przynieś tu miskę – ja kilka worków.
Co? Nie pasuje? No, bez humorków.
Wyruszyć muszę szybko o świcie
I przywieźć kasę na nasze życie.
Pierwszy tatuńcio już po drabinie
Na strych się wspina i w dziurze ginie.

– Chodź jedna noga, chodź szybciej druga.
Na strych? O, rany! To droga długa.
Mamrocze Stefcio sobie pod nosem
I nie pamięta ojca przy kosie.

Obrazek

– Z tej beczki zboże będzie na mąkę,
Będziemy wcinać nie jedną kromkę,
Gdy matuś pyszny chlebek upiecze.
Z tamtej? Na jarmark zawiozę przecież
I niech się cieszą jutro ludziska.
Przytrzymaj worek, a mnie daj miskę.
Już się nachyla nad jedną beczką,
Aby nagarnąć zboża miseczka,
Lecz czuje opór. Przegarnia ręką,
Oczom nie wierzy, zobaczył denko.
– Gdzie reszta zboża?! – krzyczy do syna.
Tu niespodzianka, Stefanka nie ma.
Pod klosz mamusi na pole pobiegł.
– Siądę na miedzy – odpocznę sobie,
Potem opowiem bajkę w chałupie,
Że może złodziej nam zboże ukradł
I poprzewracał do góry dnami
Beczki, by pełne wciąż wyglądały.

Obrazek

Jak żółw, powoli, nóżka za nóżką,
Do domu zmierza przy miedzy, dróżką.
Z daleka słyszy jazgot w chałupie.
– To mama z tatą o mnie się kłócą.
Może nie wchodzić w paszczę tej draki?
Lecz wielka ręka łapie za fraki.
– Chodź tu, nicponiu, i opowiadaj!
Stefan zaczyna coś o sąsiadach.
Ojciec się wścieka, żałuje matka
Syna – to będzie dla niej zagadka.

Obrazek

Nie upłynęło miesiąc po hecy,
Z nowym pomysłem chłopak wyskoczył.
– Może bym nawóz rozsiał pod lasem,
Tam, na pastwisko, wiosna za pasem,
A taka jeszcze maleńka trawa.
– Dziecko z nawozem jest nie zabawa.
Myśli, by syn się nie przepracował.
– Mamuś, rozsieję – spokojna głowa!
Cmoknął ją chłopiec szybko w policzek
I jak rakieta z mieszkania wybiegł.
Mija godzina, trzecia się skrada.
Kwadrans zostało już do obiadu.
Zapach rosołu pląsa po kuchni.
O, już Stefanek z pracy powrócił.
Ojciec się cieszy, zaciera ręce,
Że ma już z syna jakąś wyrękę.

Obrazek

Dni przemijają jak w kołowrocie,
Że nie ma czasu, aby odpocząć.
Nieraz ten konik zwany łabędziem,
Pociągnie pługiem, ale nie wszędzie,
Bo już bidulek lat nie pamięta.
Przydałaby się dla niego renta.
Wszyscy pracują, aż w kościach łamie,
Nawet Stefanek pomaga mamie.
Owies posiany, ziemniak wsadzony
I czas, by krówki wygnać z obory.
Na czele stadka dwie mleczne krówki
I dwa cielaczki – prawie jałówki,
Stawiają kroczki obok rodziców,
Na pyszną trawę one też liczą,
Zaś koń nie śpieszy się na pastwisko,
Chyba ma w nosie wszystkich i wszystko.

Obrazek

Stadko już w końcu przestało kroczyć,
Tatuńcio patrzy – przeciera oczy.
Wcale nie krzyczy łąka zielenią,
Źdźbła traw nie rosną – tylko się lenią?
– Co tu się stało? W głowę się drapie,
Kuca i widzi jak smacznie chrapie
Nawóz przy świerkach sprytnie schowany.
– To nie możliwe i nie do wiary!
Mocno się łapie za bujne włosy,
By małą chwilę je potarmosić.
Nagle mu wpada pomysł do ucha,
Zaraz z uwagą sam siebie słucha.
– Przetrzymam stadko przez dwa tygodnie,
Nawóz rozrzucę oraz nawodnię.
Wszystko odrośnie, chociaż spóźnione.
Zagonię syna, jak również żonę.

Obrazek

– Niech kolbą kręcą przy starej studni.
Woda popłynie aż będzie dudnić.
Jak zaplanował – tak też uczynił
Nawet nie szukał niczyjej winy.
Tylko Stefanek mruczał pod nosem,
Głowę odkręcał – zerkał ukosem
I po raz pierwszy w życiu pracował,
Spocił się – tak jak przy młocie kowal.
Czy on wyciągnie, choć jakiś wniosek
I się poprawi o mały włosek?
Przecież już nie jest małym bobasem,
Nikt nie chce, aby ścigał się z czasem.

Obrazek

Już na kolanach zmęczona wiosna
Cofa się – zboża rosną i rosną.
Lato figluje już w okolicy,
Czasem zabłyśnie, nieraz zaryczy,
To znów układa słońca promienie
Na lustrze wody i grzeje, grzeje.
Miło zanurzyć stopy w jeziorze,
Stefanek w domu nic nie pomoże,
Gdyż z rana dętkę napompowaną
Wpycha na rower, właśnie pod ramę,
Zmieścić się ona nie chce tam za nic,
Chłopak wymyśla – nie ma już granic.
– Właź na bagażnik! Trzymaj się w pionie!
No, nie! Zajęłaś mi cały rower!
Przecież nie sięgnę do kierownicy!
Stefanek znowu na dętkę krzyczy.
– Złaź mi z roweru, grubaśna beczko!
Luźniej bez ciebie będzie mi deczko,
A za rowerem biec to nie łaska!
Przywiążę sznurkiem – koniec, i basta!

Obrazek

– Będziesz w podskokach pruć nad jezioro!
I rzeczywiście, zakręcił zdrowo,
Gdyż wywinęła dętka trzy kozły,
Prosto przed rower – skrzydła ją niosły?
– Gdzie, koleżanko? Gdzie twoje miejsce?
Mocniej stopami nacisnął jeszcze,
Że tylko słyszał jak z tyłu stęka,
A gdy dojechał już była w strzępach.
Zdziwiony chłopak oddech wstrzymuje,
Wcale nie dętki, siebie żałuje,
Że nie popluska się w ciepłej wodzie.
– Paplać się tutaj, nigdy – nie wchodzę,
Po cóż mi kąpiel – jestem czyściutki,
Lepiej byłoby – o, z tamtej łódki
Skoczyć w odmęty i się ochłodzić.
Nie! Ależ tu gwarno – to zwykła dzicz.

Obrazek

Lato umyka jak młode źrebię,
Stefcio w saganie patykiem grzebie,
Znów pędzlem maże po starym płocie,
Wchodzi na jabłoń tam i z powrotem,
A tylko po to, by się zatrzęsła,
Tak jak na stawie dygocze rzęsa.
Skacze na ziemię, gdyż gałąź pękła,
Jaka wyrośnie z niego wyręka?
Pochyła matka, plecy zmęczone,
By nie zobaczył tego małżonek,
Więc gałąź ciągnie wprost do drewutni,
A co tam Stefcio – on nie jest smutny?
– Mamuś, do sklepu wyskoczyć muszę
– Synku, pieniądze są pod obrusem
Oraz karteczka ze spisem małym…
– Zrobię zakupy – ach, nie na sprawy!
Szybciutko biegnie do swojej chaty.
– Stówa? Wspaniale, jestem bogaty!
Listę zakupów miałby ochotę
Podrzeć? Nie teraz – podrze ją potem?

Obrazek

Już wyskakuje jak oparzony,
Patrzy na rower – puste opony.
– Co? Co? Powietrze się ulotniło?
Wczoraj na miejscu w rowerze było!
Teraz kuksańcem karci oponę,
Jest nadąsany – ze złości płonie,
Ileż wymyślał, stękał i sapał.
– Ja na ten rower nie mam już bata,
Lecz już nie będę dla niego miły!
Wskoczył na rower i z całej siły
Kręcił i kręcił przez całą drogę,
To on się zmęczył, ale nie rower.
Wreszcie szczęśliwy chwyta za koszyk,
Prawie w powietrzu stopy unosi.
Kasza, budynie oraz herbata,
Oliwa, cukier i znowu wraca.
Staje jak wryty i ślinkę łyka.
– Zaraz wskoczycie mi do koszyka!
Torebka krówek, guma do żucia,
Ciastka, wafelki, jeszcze dorzucę
Dziesięć lizaków, parę orzeszków
I najsmaczniejsze – mniam – ptasie mleczko.
Starczy! Nie zmieszczę więcej w plecaku.
Zapłacił w kasie od braku laku.

Obrazek

Przy drodze usiadł Stefcio na rowie,
Łakocie dzielił – tam po połowie.
– Jedną część dla mnie będzie na teraz.
Drugą starannie z trawy pozbierał
I pod zakupy pośpiesznie wcisnął.
– Jutro ukradkiem schrupię was wszystkie.
W końcu dwie krówki do ust wpakował
I czuł wyraźnie, jakby szybował
Razem z latawcem, hen, tam wysoko.
Głową dosięgał prawie obłokom.
Myślał, że będzie huśtał się w chmurach,
A tu nadchodzi prawda ponura.
– Dziękuję, synku, ci za zakupy.
Matuś go wita i zza chałupy
Biegnie naprzeciw, trochę spocona,
By go uściskać w swoich ramionach.

Obrazek

Daj spokój! Mamo! Przytrzymaj rower
I go niezwłocznie do szopy schowaj.
Chłopak dopada łóżka i w locie
Pod siennik wpycha swoje łakocie.
Następnie czeka na mamę w kuchni,
Czuje, że wokół przepysznie pachnie.
– Mamuś, ta droga jest wyboista,
A z tej karteczki kupiłem wszystko
I jestem głodny jakby wilk w lesie.
– Reszta, syneczku – została przecież?
– Mamusiu. Reszta? Gdzieś tu ją miałem,
Przecież jej zgubić wcale nie chciałem.
Smutnym głosikiem jak zbite szczenię
Bełkocze. Mama chusteczkę bierze
I łzy ukrywa. Chyba się wstydzi,
A syn udaje, że ich nie widzi.

Obrazek

Chłopak cichutko opuszcza kuchnię.
Staje przy łóżku. Prawda wybuchnie?
Co on zamierza? O, Matko! Rany!
Rzuca się w pościel i to z butami?
– Trochę odpocząć by się przydało,
Dzisiaj w południe wcale nie spałem.
I od niechcenia przymyka oczy,
Za bramą powiek niewinnie wkroczył.
– Sen to, czy jawa, a może koszmar?
Nie chce już dłużej we śnie pozostać,
Lecz słyszy głosik bardzo cieniutki.
– Dzień dobry, chłopcze, czy masz wyrzuty?
Z uśmiechem wita go czarodziejka.
– Co? Do widzenia! Jesteś za cienka
I nie wywijaj jakimś patykiem.
Nie zapraszałem, więc zaraz znikaj!

Obrazek

– To nie jest patyk, lecz złota różdżka.
– A ty zapewne wróżka – pietruszka?
– Żartowniś z ciebie jak mało który,
Spójrz, na podłodze z błota są wióry?
– A jak myślałaś? Mam to po tacie.
– I zamiast w szkole, to siedzisz w chacie?
– Zaczynasz zrzędzić! Jazda mi z łóżka!
I nie dotykaj, moja poduszka.
– Po co się motasz? To nie pomoże.
– Znikaj, gdyż twoje miejsce na dworze.
– Chwileczkę, chłopcze – jesteś leniuchem
I na dodatek wielkim kłamczuchem.
Echem dociera głos czarodziejki,
Stefanek widzi – płotu szczebelki
I czuje, że się w słupek zamienia,
A nogi jego są jak z kamienia.

Obrazek

– Nie mogę ruszyć żadną już nogą!
– Krzyki przenigdy ci nie pomogą.
– Wyskoczyłaś mi jak z kapelusza.
– Chłopcze, od dzisiaj nie będziesz musiał
Niczego robić jak leń prawdziwy,
Dlatego w sobie poszukaj winy.
– Za żadne skarby nie chcę być słupkiem,
A stać przy płocie – to będzie smutne.
– Trzy czarodziejskie naucz się słowa,
Jeżeli nie chcesz, to czcza tu mowa.
– Bardzo cię proszę – zaczekaj, wróżko.
– Jedno już umiesz – teraz na uszko
Tobie odkryje dwa jeszcze słowa…
– No, nie wie – czy to chociaż pomoże?
– Drugie: „Przepraszam” – trzecie: „Dziękuję”.
– Ależ to łatwe. Wróżko żałuję,
Zatem przepraszam i bardzo proszę...
– Potrafisz, chłopcze – już się wynoszę.

Obrazek

– Stefanek może wierzgać nogami
I nawet czuje, że jest wyspany,
Więc wyskakuje czym prędzej z łóżka.
– O! Jaka brudna kołdra, poduszka?
Zaraz wymienić muszę posłanie,
Aby przykrości nie robić mamie.
Szybko uwinął się z taką pracą,
Nawet rodzicom zrobił kolację.
A następnego dnia, już od rana.
– Idę do szkoły. Mamuś kochana.
I jakaż radość w tym domu była,
Zawsze mamusia – w syna wierzyła.

            Morał:

Fizyczna praca – prawdziwy koszmar.
Czy w to wierzycie? Ja w fakt ten wierzę.
Ażeby mądrym człowiekiem zostać,
Trzeba naukę chłonąć – tak szczerze
I być potęgą – naszą na świecie,
A nie bajkowym Stefkiem – leniuszkiem,
Choć on poprawił się – o tym wiecie.
Wszechświata będziesz: ty, on – serduszkiem.

Bajka została już wydana w listopadzie 2017 - to jest 3 książka z bajkami. Ciekawostka: moje utwory publikowałam w "Almanachach Literackich" w tygodniku "Angora" i oczywiście to jest z kolei siódmą książkę, którą w tym toku wydałam. Jeszcze przede mną dalsza praca twórcza (weny nie brakuje) i myślę, że jeszcze kilkanaście, a może i więcej wydam książek z ilustracją również mojego autorstwa 

Dodał(a): Teresa "Kalwara" Bojanowska
Dnia: 17 grudnia 2017, 09:14

Wszystkie materiały zawarte na stronie są autorstwa Teresy "Kalwary" Bojanowskiej.
Copyright © 2008-2018 www.bojanowska.com.pl. Wszelkie prawa zastrzeżone.
Ilość odwiedzin: 175779.