:: Prozy :: Ucieczka

Ucieczka
Pierwsze opowiadanie - prawdziwa historia

   Niedziela
    
    Wczesny, niedzielny poranek rozrzucił perełki skrzącej się rosy na podwórkowe krzewy i strzępy trawy. Joasia założyła skromną spódnicę, a rękawy kretonowej bluzki podwinęła prawie do łokci. Ta siedemnastolatka, o jasnych włosach, niebieskich oczach, usiadła na schodach domu i zaczęła myślami cofać się w przeszłość. Wspomnienia spowodowały, że zrobiło jej się cieplutko wokół serca.
- Tatuś… – wyszeptała.
Doskonale pamiętała skromne, uroczyste, niedzielne śniadania, pełne szacunku i miłości.
- Tatuś… – powtórzyła, a wspomnienia spowodowały, że zaszkliły jej się oczy. Uśmiechnęła się, przypominając sobie słowa ojca: „Bez Boga życie jest puste i smutne.” W każdą niedzielę, z całą rodziną, szła do kościoła czując, że jest to inny od pozostałych, bardzo szczególny, świąteczny dzień tygodnia. Pan Bóg jednak zabrał już ukochanego tatusia do swego królestwa. Na tą myśl dziewczyna pociągnęła nosem, ocierając rąbkiem bluzki powieki.
   Dziś ojczyma nie było w domu. Joasia pragnęła, aby wrócił dopiero w poniedziałek. Często zastanawiała się, dlaczego ojczym ma w pracy wolną niemal każdą niedzielę i zawsze dobitnie podkreśla, jaką jest ważną osobą: „Jestem pracownikiem ambulansu pocztowego, i nie ważne, czy to piątek, czy świątek, trzeba pracować.” Ambulans pocztowy był to pierwszy w kolejności wagon po lokomotywie, w którym sortowano przesyłki pocztowe. Joasi wydawało się, że ojczym specjalnie zamieniał się dyżurami z kolegami w pracy, aby być jak najdłużej w domu i czepiać się jej nawet bez żadnego powodu.
   Gdy dziewczyna spojrzała w stronę ogrodzenia, zobaczyła jak ojczym nagle wynurza się z krzewów, rosnących przy dróżce wiodącej od stacji do domu. Serce jej zamarło, przeczuwała bowiem, że wraz z ojczymem nadchodzi niełatwy dla niej świąteczny dzień.
   Nastolatka zaraz po śniadaniu poszła do pokoju, aby odświętnie się ubrać. Nasłuchiwała. Gdy w kuchni umilkły odgłosy, postanowiła cicho, niczym domowa mysz, wyjść. Już wyciągnęła rękę, aby chwycić za klamkę, gdy w tej samej chwili ojczym pchnął mocno drzwi. Joasia, niczym oparzona, błyskawicznie odskoczyła w bok.
- A dokąd to?! – wrzasnął – taka wystrojona?!
- Jak to, dokąd? – wyjąkała wystraszona dziewczyna – przecież dzisiaj jest niedzie…
- I co z tego, że niedziela? – przerwał brutalnie jej wyjaśnienie.
- Idę do kościoła – oznajmiła stanowczo.
- Gdzie? – skrzywił się, jakby po raz pierwszy usłyszał słowo „kościół”- trawa skoszona na łące wyschła na pieprz i trzeba ją pozagrabiać! – wrzasnął, tupiąc przy tym nogą.
- W niedzielę? – zdziwiła się Joasia.
- A cóż to za różnica? To dzień jak każdy inny – powiedział odkrywczym tonem wyciągając szyję w kierunku pasierbicy.
- Dobrze, jak wrócę to pójdę na pole i pozagrabiam – szukała kompromisu pobożna dziewczyna.
- Nie pyskuj, tylko wskakuj w stare ciuchy i jazda do roboty! – rozkazał stanowczo.
- Nie! – krzyknęła Joasia. W tym momencie, w głębi korytarza, ujrzała matkę.
- Matka! – wrzasnął ojczym na żonę – powiedz córuni, aby nie pyskowała!
Kobieta spojrzała z łagodnym wyrzutem na córkę.
- Znowu się kłócicie? – westchnęła.
- Chcę tylko pójść do kościoła – odrzekła Joasia.
- To idź – mruknęła cicho matka, jakby obawiała się, że jej zgodę na pójście córki do świątyni usłyszy skłonny do awantur mąż.
- Co?! Dlaczego podważasz mój autorytet? Ma grabić siano! – wrzeszczał.
- Pójdę i sama to zrobię – wyszeptała bojaźliwie małżonka.
- Jeszcze czego! Zabraniam! – krzyczał na żonę rozdrażniony mężczyzna.
Joasia, korzystając z chwilowego zamieszania, wyszła przed dom. Szła wąską ścieżką wśród świerkowych choinek rosnących przy siatce ogrodzenia. W oddali, w słońcu, lśniła łysiną droga. Choć do kościoła było około półtora kilometra, nie śpieszyła się. Z daleka od awantur w domu, w upragnionej ciszy, chciało się jej śpiewać hymn radości.
   Msza święta rozpoczęła się punktualnie. Joasia usiadła w ostatniej ławce. Przeżegnała się i uklękła splatając dłonie. Głowę opuściła bardzo nisko, słowa kapłana odpływały stopniowo gdzieś za mury kościelne.
  
Była tak pochłonięta rozmową z Panem Bogiem, że nie zauważyła jak wierni wstają, klękają. W pewnym momencie jakaś kobieta trąciła Joasię w ramię.
- Dziecko, słabo ci? – zapytała szeptem.
- Nie. Wszystko w porządku – odrzekła cicho nastolatka, po czym przeżegnała się i usiadła. Zaczęła wodzić wzrokiem po ołtarzu, ministrantach, kapłanie, po pięknych, sakralnych malowidłach. Kiedy spojrzała w kierunku ołtarza postanowiła wreszcie skoncentrować się na właściwym przeżywaniu nabożeństwa. Wsłuchiwała się w słowa księdza, mówiącego o miłości bliźniego, o dobroci, o wybaczaniu. - Jeśli ktoś rzuci w ciebie kamieniem, nie oddawajmy ciosu – mówił kapłan. Wypowiadane przez niego słowa były tak odpowiednie do sytuacji rodzinnej dziewczyny, jakby czytał w jej sercu lub słyszał rozmowę z Panem Bogiem. „Szkoda, że tak szybko skończyła się msza, ksiądz tam mądrze mówił” – pomyślała wychodząc z kościoła.
   Chociaż dziewczyna specjalnie powłóczyła nogami, aby jak najpóźniej dotrzeć do domu, powrotna droga umknęła bardzo szybko. Już na podwórku pachniało rosołem. Ślina gwałtownie napłynęła jej do gardła i zaczęła drażnić podniebienie.
- O, pojawiła się koleżanka sympatyczna. Zapraszam – kpił na jej widok ojczym, stojąc na progu domu. Joasia podeszła do studziennej pompy i mocno szarpnęła za jej rączkę aż woda ochoczo wyskoczyła z rury. Dziewczyna złożyła dłonie w łódeczkę.
- Co?! Nie dali w kościele pić? – bluźnił. Joasia nie odzywała się, tylko nachyliła głowę i kilkoma haustami pociągnęła znajdującą się w dłoniach zimną wodę.
- Proszę – szerokim gestem, pochylając ciało, ojczym wskazał dłonią w kierunku korytarza.
- Szczęść Boże – odezwała się Joasia – dziękuję. Weszła do kuchni, gdzie matka przygotowywała obiad.
- Może napijesz się rosołu? – zapytała córkę.
- Niech najpierw zarobi – Joasia usłyszała za plecami znajomy, aż do bólu, męski głos.
- Dziękuję, mamo. Już piłam. Przebiorę się, a potem pójdę wykonać swoją pracę
– oznajmiła.
   Nie upłynęło dziesięć minut, gdy Joasia grabiła wysuszoną trawę.

Pole nie była zbyt obszerne, ale dziewczynie nie spieszyło się. Po trzech godzinach łąka lśniła bardzo starannie wyczesana grabiami, a kopki, czyli zebrane w kopce siano, dodawały jej naturalnego uroku. Teraz mogła spokojnie pójść na zasłużony obiad. Kiedy weszła do kuchni wszyscy domownicy siedzieli przy stole i kończyli drugie danie.
- Smacznego – rzuciła siadając za stołem. Przeżegnała się, po czym zaczęła jeść trochę chłodny, ale za to przepyszny, rosół. Na drugie danie dostała kurzy żołądek, ziemniaki i ogórki ze śmietaną. Cieszyła się z obfitej porcji mięsa, ponieważ zdarzało się, że musiała dzielić się nim z jedną z sióstr. Matka kończyła obgryzać kurzą szyjkę. Cmokała przy tym aż świst wypełniał całą kuchnie, ojczym zaś oblizywał każdy palec po skonsumowaniu kurzej piersi i potężnego, podwójnego udka. Siostry Joasi z woli ojca otrzymywały bardzo skromne porcje mięsa: jedna wątróbkę, druga kuperek, a trzecia lotki od skrzydełek.
- No – mruknął ojczym wstając od stołu – idę odpocząć, proszę mi nie przeszkadzać.
   Gdy tylko zamknęły się za nim drzwi, matka odezwała się do Joasi.
- Pouczysz Hanię?
   Hania była najmłodszą siostrą Joasi, która zdała do drugiej klasy szkoły podstawowej i w następnym roku kalendarzowym miała pójść do Pierwszej Komunii Świętej.
- Tak, mamo – zgodziła się Joasia.
- Już nie mam do niej cierpliwości – rodzicielka rozłożyła bezradnie ręce.
- Nie ma sprawy. Idziemy? – Joasia retorycznym pytaniem zwróciła się do Hani.
- Idziemy – młodsza siostra z radości podskoczyła z nogi na nogę.
   Joasia postanowiła, że pójdą do pokoju w drugiej części domu, aby być jak najdalej od ojczyma. Hania po drodze zabrała katechizm.
- Z czym masz problem? – zapytała Joasia, gdy usiadły przy małym, okrągłym stoliku.
- Ze wszystkim, po trochu – pisnęła wstydliwie siostra.
- Dobrze. Zaczynamy od pacierza. Umiesz go?
- Prawie. Nie mogę zapamiętać „Dziesięciu przykazań Bożych” – kie-dy młodsza siostra powiedziała prawdę, poczerwieniała ze wstydu.

- Spokojnie. Pierwsze przykazanie brzmi: „Nie będziesz miał bogów cudzych przede Mną” – zacytowała Joasia. Siostra Hania powtórzyła bezbłędnie przykazanie, a po chwili dodała:
- Tak, teraz umiem, ale jutro już nie będę pamiętała.
- Nie denerwuj się. Może zaczniemy inaczej. Kogo najbardziej kochasz?
Hania na chwilę zamilkła, jakby przypominała sobie jakąś hierarchię ważności.
- No, kogo? – powtórzyła pytanie Joasia.
- Jak to, kogo? Pana Boga! – krzyknęła radośnie Hania.
- Znakomicie, jesteś mądrą dziewczynką – pochwaliła ją starsza siostra – a po Panu Bogu?
- Mamę.
- Ile masz mam?
- Jedną.
- Widzisz, tak samo jest z Panem Bogiem. Jest tylko jeden, jedyny. Rozumiesz?
- Pewnie, że rozumiem. Przecież to oczywiste – przyznała.
- Jeżeli będziesz codziennie ze mną odmawiać pacierz, zobaczysz, jak łatwe do opanowania są przykazania.
- Ale ty zawsze szepczesz, mówisz po cichu – przypomniała jej z wyrzutem Hania.
- Od dzisiaj będziemy mówić razem głośno, powoli i wyraźnie. Co ty na to?
- Bardzo się cieszę, ale… – nie dokończyła, bo dziewczyny nagle usłyszały, jak ktoś łapie za klamkę. Zamilkły, w bezruchu czekając na dalszy rozwój wypadków. Nagle ojczym, niczym burza gradowa, wpadł do pokoju.
- Patrzcie! Znalazła się nauczycielka! I zaraz będziesz ją buntować?
– oskarżycielskim tonem zwrócił się do starszej pasierbicy.
- Niech ojciec przestanie! – Joasia uniosła głos – nic złego nie robimy!
- A ty, jazda do reszty sióstr! – ryknął niczym lew do Hani, która zaraz wyskoczyła z pokoju niczym z procy.
- Mama mnie poprosiła, abym ją pouczyła – zaczęła usprawiedliwiać
się Joasia.

- Matka jest od nauki, a nie ty! Zrozumiano?!
- Dlaczego ojciec jest dla mnie taki niedobry?
- Bo cię nie lubię! – wrzasnął bez żenady prawdę zdenerwowany mężczyzna.
„I nawzajem” – pomyślała Joasia, kiedy ojczym wyszedł. Zaraz jednak przeprosiła Pana Boga za tą grzeszną myśl.
- Nic tu po mnie – szepnęła.
   Wkrótce, niepostrzeżenie, przez okno, wymknęła się z domu. Często „wychodziła” właśnie w ten sposób, nie chcąc natknąć się na ojczyma.
   Las był tuż, tuż, poszła więc na długi spacer. W tej świątyni przyrody, w ciszy, z dala od złych ludzi, czuła się bardzo dobrze. Idąc leśnymi ścieżkami w myślach malowała swoją ostoję wśród pięknych drzew. Marzyła, by właśnie w takim otoczeniu w przyszłości mieć własny kąt, gdzie mogłaby spędzać każdą porę roku, każdą chwilę życia.

 Olsztyn, 2010-06-26

Dodał(a): Teresa "Kalwara" Bojanowska
Dnia: 30 czerwca 2010, 06:12

Wszystkie materiały zawarte na stronie są autorstwa Teresy "Kalwary" Bojanowskiej.
Copyright © 2008-2010 www.bojanowska.com.pl. Wszelkie prawa zastrzeżone.
Realizacja strony: CoLinS
Ilość odwiedzin: 166493.