:: Prozy :: Ucieczka

Ucieczka
Drugie opowiadanie - prawdziwa historia
    
    Krawiec

    Zaraza usadowiła się najpierw na górnej części liści ziemniaków, a potem ogarnęła całe krzaki. Nie minęło dwa tygodnie, jak na bruzdach sterczały wysuszone łodygi. Dlatego ojczym, w trybie awaryjnym, zarządził wykopki. Podszedł do kaflowego pieca i otworzył wbudowany tam specjalny, gospodarczy zakamarek. Z lubością wyjął z niego wędzony boczek, a następnie sięgnął do kieszeni i wyciągnął krawiecki metr. Zmierzył długość swojego skarbu, obejrzał go dokładnie ze wszystkich stron i burcząc coś pod nosem odłożył na miejsce. Joasia wiedziała, że ojczym sprawdził czy pod jego nieobecność któraś z przybranych córek nie odkroiła z domowej wędliny choćby plasterka.
- Czas do roboty! – wrzasnął w chwili, gdy domownicy kończyli skromny posiłek. Joasia aż podskoczyła z wrażenia, a jej siostry w milczeniu wstały od stołu, zostawiając niedopite herbaty.
   Cała rodzina uwijała się po polu zbierając rozrzucone ziemniaki. Ojczym poganiał nie tylko konia, który ciągnął za sobą kopaczkę, ale także wrzeszczał na ludzi. Pod koniec pracy, za jego pozwoleniem, matka dziewczyn, poszła do domu, aby przygotować kolację. Żołądki przykleiły się chyba wszystkim z głodu do kręgosłupa, bo w brzuchach burczało jakby stado koni galopowało po kocich łbach. Serca natomiast zaczęły podskakiwać z radości, że nastąpił wreszcie długo oczekiwany koniec pracy.
   Zmęczona Joasia usiadła na schodach przed domem. Ojczym podjechał wyładowaną po brzegi furmanką pod rozdziawiony otwór piwniczny. Chwycił do rąk gable. Były to metalowe pręty zakończone kulkami, osadzone na drewnianym trzonku, tak skonstruowane, by nabrać jak najwięcej ziemniaków, nie uszkadzając ich przy tym. Mężczyzna zaczął szarmancko zrzucać ziemniaki. Piasek, z każdym szurnięciem gabli, przesypywał się na ziemię, wyciekał przez każdą szczelinę dziurawych desek chłopskiego wozu.
- Może byś tak, damo, weszła pod wóz i pozbierała?! – warknął w kierunku Joasi, akcentując słowo „damo”.
- Teraz strasznie się sypie, pozbieram za chwilę – obiecała spokojnie dziewczyna.
   Ojczym nagle zeskoczył z wozu i podbiegł do niej. Chwycił Joasię za włosy, uniósł kolano, którym wycelował prosto w jej nos. Trafił idealnie w cel.  

   Nastolatka poczuła spływające po twarzy ciepło. Błyskawicznie poderwała się na równe nogi.
- A dokąd to?! – krzyknął ojczym zagradzając jej drogę. – Zbierać! –wskazał palcem na rozrzucone pod wozem ziemniaki.
- Nie! – pisnęła zakrwawiona pasierbica.
   Twarz ojczyma spurpurowiała, usta zsiniały, pięści zacisnęły się. Sapnął kilka razy i jak burza wpadł do kuchni. Zabrał półmisek z mięsem i zaniósł go dla Burka, który spokojnie stał przy budzie.
„To już po kolacji” – pomyślała rozpaczliwie Joasia.
- To przez ciebie, darmozjadzie! – warknął mężczyzna wracając z pustym już półmiskiem.
   Kiedy był blisko pasierbicy, nagle zatrzymał się. Uniósł ręce do góry i wykonał nimi zamach z taką siłą, że przestraszona Joasia odskoczyła. Szybkim krokiem podeszła do stojącej nieopodal pompy studziennej. Chwyciła za jej rączkę, machnęła nią kilka razy, aż w rurze zabulgotała woda, która w parę sekund wydostała się na zewnątrz. Nastolatka próbując obmyć twarz zobaczyła, że dłonie ma całe we krwi.
- Patrzcie! Kąpiel sobie urządza! – wrzeszczał ojczym. – Darmozjad! Wynocha od pompy, leniuchu! – krzyczał.
- Co ja powiedziałem?! Nie dociera? – bełkotał ze wściekłością, kiedy zbliżył się do niej na niebezpieczną odległość. – Jak cię walnę… Wykonał obszerny zamach ręką w kierunku dziewczyny, ale na szczęście nie trafił w cel. Joasia zwinnym ruchem chwyciła za półmisek.
– Puszczaj! – krzyczał – puszczaj! puszczaj! Nie potrafił jednak wyrwać naczynia z rąk przybranej córki.
– Jak ojciec sobie życzy! – Joasia puściła naczynie, akurat w tym momencie jak ojczym mocno zaparł się nogami. W ułamku sekundy upadł na ziemię, nakrywając się brudnymi butami. „To już nie są żarty” – pomyślała nastolatka.
   Zaczęła mknąć przed siebie, ile tylko mogła wykrzesać sił w nogach. Zawadzała butami o leśne chrapy, gałązki krzaków smagały ją po policzkach. Myślała, że krew wytryśnie jej czubkiem głowy. Puls rozbrykał się jak młode źrebię i można było odnieść wrażenie, że chce prześcignąć rytm serca.
   Zdyszana, spocona, zatrzymała się. Usiadła na jakimś zmurszałym pniaku wśród drzew. Panowała tam niesamowita cisza. Odnieść można było wrażenie jakby na świecie nie istniały żadne kłopoty. Niestety, Joasia problemy miała. To one sprawiły, że dziewczynę zaczęła roznosić złość. Była wściekła, jak rozdrażniony, zgłodniały wilczur, który szuka byle jakich ochłapów. Ułamała porządny konar i zaczęła tłuc nim o ziemię. Nie wiadomo, jak długo jeszcze waliłaby tym kijem, gdyby się nie złamał.
- Boże, pomóż uspokoić moją złość, nienawiść. Proszę! – szeptała patrząc w niebo. Usiadła ponownie na pniaku, złożyła dłonie i zaczęła odmawiać modlitwę „Ojcze Nasz”.
   Czuła jak, stopniowo, jej serce zalewa błogi spokój. Uczucie tak potrzebne jej w tej chwili, bardziej niż wszystkie kosztowności świata. Wzmocniona duchowo, nie bacząc na konsekwencje, postanowiła wrócić do domu.
   Skradała się w jego stronę zwracając uwagę, czy ojczym nie kręci się na podwórku. „Tylko żeby Burek nie zaczął szczekać” – pomyślała dopadając płotu przylegającego do rogu stodoły.
   Miała szczęście. Drabina stała oparta o parapet uchylonego okna. Stanęła na jej szczeblu pierwszym, drugim… Odetchnęła z ulgą będąc już w zagraconym pomieszczeniu na poddaszu.
„Ciekawe, czy mama coś tu zostawiła do jedzenia” – pomyślała. Po omacku rozsunęła szufladę od starej komody i w jej wnętrzu zaczęła macać ręką.
– Jest – ucieszyła się przełykając ślinę.
   Gruba, sucha pajda chleba była tak smaczna, jakby była orientalnym rarytasem z wystawnego przyjęcia. Dziewczyna poczekała dłuższą chwilę, aż światła w oknach pogasną i cichutko zeszła po drabinie. Zakradła się do pompy, aby napić się świeżej wody, która dzisiaj wyjątkowo jej smakowała. „Teraz mogę pójść spać” – pomyślała.
   Kiedy ponownie weszła na strych, zanurkowała w starym kufrze, w którym znajdowały się jakieś szmaty. Choć niezbyt przyjemnie pachniały, nakryła się nimi i leciutko przymknęła dziurawe wieko. Odmówiła pacierz, prosząc Boga o spokojną noc, aby w kryjówce nie dostrzegły jej wszędobylskie oczy ojczyma. Zasnęła. Miała koszmarny sen, dlatego przebudziła się bardzo wcześnie nad ranem.
   Świtało.

   Odmówiła krótką modlitwę, po czym wyskoczyła ze swojego jednorazowego apartamentu. Po cichu podeszła do okna. Zobaczyła jak ojczym zamyka za sobą furtkę, w ręku trzymając charakterystyczną, skórzaną teczkę. Szedł do pociągu, a w teczce miał na pewno pyszności. Zawsze zabierał najlepsze kąski. Joasia była szczęśliwa, że nareszcie dopadnie w kuchni prawdziwego jedzenia.
Podeszła do drzwi, złapała za klamkę, przekonała się, że są zamknięte z drugiej strony. Pozostała jej droga przez okno, po drabinie. Parę chwil później stała już w kuchni przy kredensie.
- Gdzie się podziewałaś? – usłyszała zdziwiony głos matki. Obejrzała się.
- Jak to, gdzie? Nocowałam na strychu. Dziękuję za chleb.
- Nie ma za co – odrzekła matka – i potrzebny był ten cyrk? – zapytała z wyrzutem.
- Cyrk? – zdziwiła się Joasia. – Nie ja go zaczęłam.
- Trzeba było słuchać ojca.
- Ojczyma – uściśliła wypowiedź matki.
- Jesteś na jego utrzymaniu.
- Dziękuję za takie utrzymanie razem z laniem.
- Nie narzekaj. Korona ci spadła?
- Mamo, jaka korona? Zresztą, jestem głodna – dodała córka. Natychmiast zabrała się do krojenia chleba, który posmarowała margaryną. – Mogę boczku?
- Co? Boczku?! – wykrzyknęła z przerażeniem matka. Wydawało się, że zaraz zemdleje, gdy usłyszała pytanie. – Boczek jest dla ojca!
- Nie tylko boczek. Szynka, polędwica i to, co najlepsze w tym domu – zaczęła z pretensją wyliczać Joasia.
- Ponieważ ciężko pracuje – broniła małżonka rodzicielka.
- Mamo, a ty jak się odżywiasz? Ty też przecież ciężko pracujesz.
- Normalnie – wzruszyła ramionami kobieta.
- Niech się dzieje, co chce. Idę po boczek, pomimo, że ojciec go zmierzył. Centymetrem – roześmiała się z ironią w głosie Joasia kierując się w stronę schowka.
- Zostaw! – krzyknęła matka, rozkładając ramiona.
- To co mam położyć na chleb?
- Usmaż sobie jajecznicę! – poradziła rodzicielka.

- Nie policzył jajek? – roześmiała się Joasia.
- Nie bądź złośliwa i przestań wydziwiać.
- Dobra, dobra... – odrzekła dziewczyna. Podeszła do kredensu, otworzyła drzwiczki i wyjęła trzy jajka.
– Ależ się najem – mruknęła, mieszając na patelni. Jajecznica wyglądała apetycznie.
– Proszę – Joasia zwróciła się do matki – sama tyle nie zjem.
- Nie jestem głodna.
- Bardzo proszę – nalegała – wiem, że nic jeszcze mama nie jadła.
- No, dobra – burknęła kobieta siadając za stołem. W tym czasie do kuchni weszły zaspane siostry Joasi.
- My też chcemy śniadanie! – krzyknęły niemal chórem.
- Nie ma sprawy, zapraszam do stołu – wyszczebiotała Joasia. – Ponieważ nie jesteśmy zwierzątkami, najpierw odmówimy modlitwę.
Pamiętacie jak tatuś, każdego dnia, modlił się z nami? – zapytała nastolatka.
- Ja nie pamiętam – pisnęła Hania.
- Byłaś za mała. Teraz powtarzaj za nami tekst modlitwy, zgoda? – najstarsza siostra zaproponowała najmłodszej.

W Imię Ojca i Syna i Ducha Świętego. Amen – zaczęła modlitwę Joasia.
Dziękujemy Ci z całego serca, Panie Boże,
całą naszą rodziną, stojącą tu w pokorze.
Za spokojnie przespaną noc, za dzisiejsze rano,
za posiłek na stole i mamę kochaną.
Oddajemy się, Boże, Twojej pełnej pieczy,
broń nas przed złem wszelakim,
oraz wszystkie dzieci. Amen.


   Po odmówionej modlitwie, matka usmażyła jeszcze więcej jajek i wszyscy z radością zasiedli do śniadania.
   Potem Joasia wyszła na podwórze.
- Dziękuję Ci, Panie Boże, za moje rodzeństwo, za mamę. Proszę o szczęśliwy dzień – wyszeptała.
Spojrzała w pogodne niebo bardzo szczęśliwa.

Olsztyn, 2010-07-03


Dodał(a): Teresa "Kalwara" Bojanowska
Dnia: 6 lipca 2010, 06:44

Wszystkie materiały zawarte na stronie są autorstwa Teresy "Kalwary" Bojanowskiej.
Copyright © 2008-2010 www.bojanowska.com.pl. Wszelkie prawa zastrzeżone.
Realizacja strony: CoLinS
Ilość odwiedzin: 166495.