:: Prozy :: Mamo, kochasz mnie?

Mamo, kochasz mnie?
Czwarte opowiadanie - prawdziwa historia

      Mamo, kochasz mnie?    

     Joasia patrzyła w przeplatany czerwienią i błękitem, gdzieniegdzie muskany delikatną żółcią, nieboskłon. W wyobraźni malowała na nim ogromne, wygodne łoże. „Aniołowie będą na nim układać się do snu” – myślała. Wpatrując się w przepiękne kolory nieba ogarniać zaczęła ją jakaś metafizyczna, trudna do zdefiniowania, tęsknota.
- Gdybym mogła być tam, wysoko, razem z nimi – szepnęła. Rozmarzona dziewczyna nie usłyszała charakterystycznego odgłosu szelestu trawy, zbliżających się w jej kierunku kroków.
- Tu jesteś? – usłyszała głos matki.
- To ty, mamo? Spójrz, jak tutaj jest pięknie i cicho. Widzisz? – uniosła rękę w górę, wskazując na horyzont. – Myślę, że aniołowie tam odpoczywają.
- Piękny zachód słońca – westchnęła z lubością matka, patrząc w kierunku zniżającego się powoli słońca.
- Usiądziesz koło mnie? – zapytała córka.
- Chodź na kolację. Ojciec położył się już spać.
- Zmęczony?
- Przecież wrócił z pracy.
- Co z tego?
- Jak to, co z tego?
- Nie pracowaliśmy?
- Przestań – syknęła matka. Siadając obok córki dodała: – To, co innego.
- Co innego? – zdziwiła się Joasia. – A, rozumiem…
- Jak zwykle jesteś niepoprawna – obruszyła się kobieta – nie wymądrzaj się, tylko chodź na kolację.
- Mamo…
- Co?
- Czy ty mnie, chociaż trochę, kochasz? – zapytała nieśmiało nastolatka.
    Matka niespokojnie poruszyła ramionami i gwałtownie opuściła wzrok. Rumieniec zalał jej twarz. Po raz pierwszy usłyszała tak ważne pytanie z ust córki. Cisza, jaka zapanowała, wydawała się trwać całą wieczność. Matka dziewczyny była kobietą kruchej postury, o wątłych dłoniach, dlatego Joasia uświadomiła sobie, że w żaden sposób nie da ona rady obronić siebie, ani swoich dzieci, przed agresywnym i awanturniczym mężem.
- Kochasz mnie, mamo? – powtórnie zapytała Joasia.
Matka uniosła wzrok i dziwnie spojrzała na córkę.
- Przecież urodziłam cię, jak mogłabym nie kochać – wyrzuciła jednym tchem.
- Kiedy ostatnio mnie przytuliłaś?
- Nie jesteś za duża na takie czułości? – zapytała kobieta, jakby obawiając się, że najstarsza córka mogłaby rzucić się jej na szyję.
- No dobrze, jestem za duża – przyznała Joasia – ale czasami potrzebuję czułości. – Mamo, czy wiesz, o czym marzę?
- O czym? – spytała z zaciekawieniem matka. Odnieść można było wrażenie, że kobieta nie żałuje, iż ich rozmowa zejdzie na inny temat.
- Niedługo będę pełnoletnia. Mam zamiar wyjechać do miasta w poszukiwaniu pracy.
Na twarzy matki zobaczyć można było wyraźne zakłopotanie. Joasia nieśmiało wyciągnęła rękę i delikatnie ułożyła ją na ramieniu rodzicielki.
- Kocham cię – wyszeptała. Przytuliła się policzkiem do ramienia matki, czekając, z bijącym sercem, na jej reakcję.
- Ja też cię kocham – pisnęła po chwili kobieta ledwo słyszalnym ze wzruszenia głosem. Objęła, a potem szybko przytuliła córkę.
   Joasia w tej chwili czuła się najszczęśliwszą istotą pod słońcem, dygotała wręcz ze szczęścia. „To dla niej mogę znosić wszystko, dla niej. Mama mnie kocha, kocha” – powtarzała w myślach. Nagle, usłyszała delikatny, pełen czułości, błagalny głos matki.
- Nie wyjeżdżaj za pracą.
- Muszę, mamo – odrzekła zdecydowanie.
- Co będzie z nami? – zapytała pełnym zatroskania głosem kobieta.
- Zabiorę was ze sobą.
- Gdzie? Pod most? – kobieta spojrzała na córkę w tak dziwny sposób, jakby chciała wzrokiem zmienić jej postanowienie.
- Wynajmiemy mieszkanie, pójdziemy obydwie do pracy i na pewno damy sobie radę – tłumaczyła z entuzjazmem Joasia.
- No, to faktycznie wymyśliłaś, marzycielko.
- Mamo? Powiedz mi jedno…
- No, co tym razem? – przerwała kobieta.

- Dlaczego jesteś inna niż dawniej?
- O co ci konkretnie chodzi?
- Jak kiedyś nie chodzimy całą rodziną do kościoła, nie odmawiamy…
- Zaraz, zaraz. Nie zagalopowałaś się w swych uwagach?
- Mamo, boisz się męża?
- Ja? – wskazała palcem na siebie – coś podobnego…
- Dlaczego więc tak bardzo zmieniłaś się na niekorzyść?
- Przestań! Jesteś krnąbrna, szukasz problemów tam, gdzie nie powinnaś. Tylko ojcu nie klep takich rzeczy – dodała nerwowo. – Dosyć tych pogaduszek. Chodźmy do domu.
- Zaraz przyjdę, dobrze?
- Dobrze, tylko nie siedź tu do rana! – rzuciła rozkazująco matka. Uniosła się z ziemi, wyprostowała kolana, a po chwili potrząsnęła ramionami w taki sposób, jakby przed momentem obsiadło ją stado mrówek. Wkrótce zaczęła oddalać się w kierunku domu.
   Joasia ponownie zanurzyła wzrok w przepiękne, szkarłatnoczerwone niebo. Pomyślała, że gdyby miała przy sobie papier i kredki, narysowałaby je w całej okazałości. Dziewczyna jednak o takim wyposażeniu artystycznym mogła tylko sobie pomarzyć. Zdarzało się, że swoje dzieła rysowała, gdzieś na uboczu, patykiem po piasku. Ojczym kontrolował bowiem wyposażenie szkolne pasierbic: zeszyty, kredki, ołówki. Ciągle powtarzał:
– Przybory szkolne trzeba oszczędzać, ponieważ zabrakłoby lasów, jakbyśmy przeznaczali je na jakieś głupoty.
    Kiedy, w dość szybkim tempie, zaczął zapadać półmrok, Joasia postanowiła niezwłocznie opuścić swój cudowny zakątek. W przydomowym ogródku zerwała kilka pomidorów. Weszła z nimi do kuchni, starannie je umyła, pokroiła w plasterki, wrzuciła do miseczki, przyprawiając solą. W tym momencie do kuchni weszła matka.
- Robisz sobie kolację, a przecież są dla ciebie przygotowane kanapki
– oznajmiła córce. Podeszła do kredensu, wyjęła z niego talerzyk z trzema pajdami chleba posmarowanego margaryną i marmoladą.
- Pomidory będą dodatkiem – szepnęła z apetytem Joasia. – Mamy gdzieś śmietanę?
- W kredensie – odrzekła matka.

Joasia podeszła do szafki. Zwinnym ruchem wydobyła na zewnątrz ćwiartkowy słoik z białym, gęstym płynem, połowę jego zawartości wlewając do miski.
- Przydałoby się trochę cukru – mlasnęła, próbując mizerii.
- Mam tu kostkę – matka sięgnęła do kieszeni fartucha.
Joasia rozkruszyła cukier. Wsypała go do miseczki, zamieszała i ponownie spróbowała.
- Trochę lepsze – oceniła – może mama zje ze mną? – zaproponowała.
- Dziękuję, już jadłam – odparła kobieta. – Dobranoc.
    Joasia, gdy tylko skończyła kolację, przeżegnała się, umyła miseczkę, po czym udała się na spoczynek do sąsiedniego pokoju. Rodzeństwo już spało. Dziewczyna mogła więc uklęknąć i spokojnie zmówić wieczorną modlitwę. „Nikt nie będzie mi przeszkadzał” – ucieszyła się w duchu. Postanowiła podziękować Panu Bogu za taką matkę jaką ją obdarzył, za to, że naprawdę rodzicielka ją kocha. Po zakończonej rozmowie z Bogiem odmówiła jeszcze dziesiątkę różańca, prosząc Matkę Bożą o opieką nad nią i nad matką. Różańcem były jej palce. Skrupulatnie, z miłością, przekładała je, wyobrażając sobie, że są paciorkami. Nagle, gdy kończyła modlitwę mówiąc „Amen”, cudowne słowa zaczęły napływać jej do głowy. Joasia zaczęła je wymawiać półszeptem:

Matko Boża, módl się i za mnie,
aby Pan Bóg czuwał nad mym życiem,
nie zapomnij i o mojej mamie,
gdyż ją kocham z każdym serca biciem.


Nie mogła uwierzyć, że wymyśliła słowa, które przed chwilą wypowiedziała. „Wymyśliłam? Nie, te słowa wypłynęły z mojego serca” – pomyślała.
   Nagle usłyszała dziwny szelest za drzwiami swego pokoju. Poderwała się z podłogi i czym prędzej wskoczyła do łóżka. Z bijącym jak dzwon sercem nasłuchiwała odgłosów. Po chwili oczekiwania wyślizgnęła się spod kołdry, podeszła do drzwi i zamknęła je na klucz. - Tak będzie bezpieczniej
– mruknęła – nie wiadomo, co ojczymowi może strzelić do głowy. Ponownie ułożyła się w ciepłym posłaniu.
   W oczekiwaniu na sen, który nie chciał nadejść, uruchomiła swoją bogatą wyobraźnię. W swej wizji zobaczyła czuwających w jej pokoju aniołów. Powoli zanurzała wzrok w granatowym mroku. Powieki z każdą chwilą stawały się coraz cięższe. Zasnęła. Wkroczyła w zupełnie inny, bardziej kolorowy od rzeczywistego, świat. Ujrzała piękny, duży dom, na progu którego z rozwartymi ramionami czekała na nią matka. Powoli podeszła do rodzicielki i pocałowała ją w policzek.
- Twoje siostry mają już swoje pokoje z odbiornikami telewizyjnymi, biurkami do odrabiania lekcji i szafy pełne ubrań – mówiła z radością w głosie matka. Joasia spostrzegła siebie, stojącą na podwórku przy sztalugach, z pędzlem w ręku. Na płótnie namalowana była cudowna magia nieba.
- Czy to ja, tam? – wskazała ręką na postać przy sztalugach. – Przecież stoję tu, na progu przy tobie, mamo.
Matka jednak nic nie odpowiedziała. Zaczęła powoli, niczym mgła, rozpływać się w powietrzu, by po chwili zniknąć.
    Joasia otworzyła szeroko oczy. Powróciła do szarej rzeczywistości. Słońce pukało właśnie w okno, wdzierając się przez szczelinę w firance, aby wygodnie ułożyć swoje promienie na podłodze.
   Dziewczyna wyskoczyła z łóżka, przeżegnała się i zaczęła szeptać słowa modlitwy:
- Najmocniej przepraszam Cię, Panie Boże, że ostatnio nie mogę dłużej z Tobą rozmawiać. Dziękuję Ci, z całego serca, za szczęśliwą noc i wspaniały sen.
   Zauważyła, że sióstr nie ma już w pokoju. „No, to pięknie – pomyślała
– dopiero będzie awantura.” W okamgnieniu ubrała się. Kiedy podeszła do okna, dostrzegła jak pod lasem ojczym z matką ładują na wóz kawałki drewna. Koń o imieniu Ślicznotka stał ze spuszczonym łbem. Może czekał na rozkaz do odjazdu, a może obawiał się świstu bata, którym sprawnie i mocno posługiwały się ręce gospodarza. Dziewczyna wiedziała, że musi jak najszybciej coś zjeść i zabrać się do układania drewna w szopie. Weszła do kuchni, zajrzała do kredensu.
- No, tak – mruknęła – chleb, margaryna, marmolada, same rarytasy.
Takiego byle jakiego jedzenia miała już po dziurki w nosie. Wyjęła
więc zakazany przez ojczyma owoc: dwa jajka. „Oby tu tylko nie zajrzał”
– pomyślała o ojczymie smażąc jajecznicę. Nagle, kątem oka, zauważyła jak uchylają się drzwi. Najpierw zobaczyła w nich bat trzymany w ręce, a potem głowę ojczyma. Serce Joasi zatrzepotało z przerażenia.
- Jak zjesz, pomożesz? – usłyszała zaskakująco łagodny głos ojczyma - trzeba pociąć drewno.
- Zaraz lecę – odrzekła pasierbica. Nie mogła uwierzyć w to, co usłyszała. „Nigdy ojczym nie był tak spokojny, opanowany i miły. Na pewno musi coś kombinować” – myślała przełykając pośpiesznie kęs za kęsem pysznej jajecznicy.


Olsztyn, 2010-07-28

Dodał(a): Teresa "Kalwara" Bojanowska
Dnia: 29 lipca 2010, 07:17

Wszystkie materiały zawarte na stronie są autorstwa Teresy "Kalwary" Bojanowskiej.
Copyright © 2008-2018 www.bojanowska.com.pl. Wszelkie prawa zastrzeżone.
Ilość odwiedzin: 177249.