:: Prozy :: Ucieczka

Ucieczka
Piąte opowiadanie - prawdziwa historia

     Pułapka 
    
    Wczesny, ciepły poranek łapczywie ogarnął podwórze. Tam, gdzie jeszcze ludzka stopa nie strząsnęła rosy, słońce z lubością kąpało swe promienie w jej delikatnych perełkach. Zapowiadał się wspaniały, przyjemny dzień.
   Joasia wybiegła z domu pełna radości. Niemal każda rzecz na podwórku, na jaką spojrzała, była w jej oczach śliczna. Nawet deska, która od miesiąca wisiała oberwana przy szopie, dodawała temu miejscu jakiegoś swojskiego uroku. Dziewczynę uszczęśliwił tak fakt, że po raz pierwszy ojczym poprosił ją o cokolwiek w sposób grzeczny, kulturalny. Usłyszała bowiem z jego ust owo proszące pytanie:
- Jak zjesz, to pomożesz?
- Dzień dobry! – krzyknęła Joasia w kierunku matki.
- Dzień dobry! – odpowiedziała kobieta.
Rodzicielka szła za wozem. Ojczym siedział na nim, trzymając w ręku bat, którym, co jakiś czas, smagał po pośladkach Ślicznotkę. Furmanka ślamazarnie toczyła się w kierunku lasu. Joasia podeszła do sterty drewnianych okrąglaków, obok których stał solidny pień z wbitą, w sam jego środek, lśniącą siekierą. Kilkakrotnie uderzyła dłonią w drewniany trzonek siekiery, który razem wraz z ostrzem przechylił się w dół. Joasia z łatwością wyjęła uwięzione narzędzie pracy i zaczęła starannie przełupywać nim drewno. Pocięte kawałki rzucała na specjalnie na ten cel zbudowany z metalowej siatki, osadzony na czterech niewielkich kołach, wózek. Gdy wypełniła go aż z czubkiem, chwyciła za jego rączkę i zaciągnęła do szopy. Tam starannie ułożyła drewno w niewielką stertę, krzyżując go przy tym, aby mogło jeszcze przeschnąć.
   Słońce maszerowało po niebie coraz wyżej. Spocona koszula Joasi starannie przyległa do pleców. Dziewczyna podbiegła do studziennej pompy. Woda radośnie zaśpiewała orzeźwiającym, błękitnym kolorem. Nastolatka złożyła dłonie, nabrała smacznego eliksiru życia i wypiła całą zawartość, a potem obmyła szczypiący pot z twarzy. Spojrzała w kierunku lasu. Wypełniona drewnem furmanka powoli zbliżała się do bramy domostwa. Joasia ponownie dopadła pniaka, by wkrótce pośpiesznie chwycić za rączkę wózka. Zanim ojczym zdążył podjechać pod pniak, była już w szopie, układając opał na zimę.
   Matka, z młodszymi od Joasi córkami, poszła do odległego od domu
sklepu po zakupy. Joasia nieprzerwanie pracowała. Ojczym zaprzągł Ślicznotkę do pługa i poszedł na pole przeorywać wcześniej rozrzucony obornik. Dziewczyna przerwała na moment swoje zajęcie i usiadła na pniu. Spojrzała na Burka, który leżał blisko szopy obserwując podwórze.
- No, co? – cmoknęła w kierunku zwierzęcia – na pewno też jesteś głodny? Pies stanął na łapach i cicho zaskomlał, jakby wiedział, że bez pozwolenia swojego pana nie może wydobyć z gardła radosnego głosu. – Może uda mi się coś przynieść ci do jedzenia – postanowiła Joasia. „Nie będę przecież głodować”
– pomyślała. Bardzo ostrożnie otworzyła drzwi kuchni. Nie było w niej nikogo, więc postanowiła jak najszybciej dopaść kredensu.
- O, rany! – krzyknęła, kiedy uświadomiła sobie, że niefortunnie stanęła na szczeblu drabiny.
   Niekontrolowany upadek, uderzenie lewym bokiem ciała, jakby bokserski cios w żebra, było tak silne, że zabrakło jej tchu. Panicznym wzrokiem spojrzała na otwór w podłodze, w którym tkwiła. Nabrała sił, oparła dłonie na podłodze, po czym uniosła na nich raptownie swoje ciało. Wydostała się z pułapki.
   Niewiarygodnym wydał jej się fakt, że ktoś wpadł na pomysł, aby zabrać drewnianą klapę otworu wejściowego, a to miejsce jedynie przykryć szmacianym chodnikiem.    
Joasia zaczęła rozglądać się za brakującą klapą. Wkrótce zobaczyła ją wystającą zza kuchennego kredensu.
   Dziewczyna zdziwiła się, że strych nie jest zamknięty na klucz, więc ślamazarnie weszła na górę. Choć miała ochotę płakać sobie, zacisnęła tylko usta i przycisnęła dłonie do zbolałych żeber. „Co robić? co robić?” – myślała. W pewnej chwili zauważyła stylonowe rajstopy, przewieszone przez rozciągnięty sznurek. Zdjęła kilka par rajstop, po czym starannie je złożyła i zaczęła się nimi oplątywać. Inna para posłużyła jej do zawiązania całości przedziwnej rajstopowej kreacji na kokardę. Dziewczyna czuła się jak w ciasnym kokonie, nie mogła poruszać się. Z trudem uwolniła ręce. Nie musiała dłużej przyciskać ich do ciągle bolącego boku. Podeszła do okna. Ślicznotka radośnie spacerowała po łące. „Ojczym na pewno jest już w domu” – pomyślała. Nie miała zamiaru schodzić ze strychu. Zdjęła z wieszaków kilka starych, zimowych, chyba jeszcze przedwojennych, płaszczy i położyła je na podłodze. Zamiast spać wodziła wzrokiem po suficie, o ile można nazwać sufitem stare deski i belki pokryte pajęczyną. „Jak ojczym mógł zrobić coś takiego? Gdyby któraś z moich sióstr wpadła do piwnicy?” – zastanawiała się. Joasia była wściekła.
   Z każdym dniem rosło w niej postanowienie, aby jak najszybciej uciec z koszmarnego, rodzicielskiego domu. Z drugiej strony szarpały nią wątpliwości odnośnie takiej decyzji, rodziły się wciąż nowe pytania: co będzie z matką? z rodzeństwem? „Na pewno jutro będzie już dobrze z moim bokiem” – pomyślała dotykając delikatnie żeber.
   W pewnym momencie wydawało jej się, że czas dla niej jakby zatrzymał się. Zapragnęła porozmawiać z Panem Bogiem, przeprosić Go za to, że dzisiaj modliła się niedbale i pośpiesznie. Gdy odmówiła pacierz czuła, że jej słowa oraz myśli swobodnie odpływają w jakąś pełną lekkości krainę i z pewnością zasnęłaby, gdyby nie nawoływanie matki:
- Joasia! Gdzie ty się znowu podziewasz?!
   Głos rodzicielki dochodził z podwórka. Dziewczyna uniosła się z podłogi i podeszła do okna. Matka stała niedaleko domu. „Odezwać się, czy nie?
– zawahała się. –Nie mogę zdradzić swojej kryjówki. Zejdę po cichu ze strychu, bo ojczym mógłby zacząć pomagać mamie w poszukiwaniach i tu zajrzeć. Muszę tylko uprzątnąć posłanie”
– pomyślała. Pozbierała z podłogi stare płaszcze i powiesiła je w odpowiednie miejsce. Zawsze myślała, że to miejsce kryje jakieś rodzinne skarby. Gdy kiedyś, pod nieobecność ojczyma, po raz pierwszy zakradła się tutaj, by zaspokoić swą ciekawość, srodze się rozczarowała. Jak bańka mydlana prysła jej teoria. Dziewczyna raz jeszcze zerknęła na stare, zakurzone, połamane, nikomu nie potrzebne meble i bezszelestnie podeszła do drzwi. Trzymając w ręce buty, zeszła na dół po drewnianych schodkach.
- Cześć, mamo – pisnęła w kierunku rodzicielki.
Matka wzdrygnęła się, odruchowo kładąc dłoń w okolicy serca.
- Nie skradaj się, bo dostanę zawału! – krzyknęła.
- Ależ ja się nie skradam...
- Gdzie znowu wałęsasz się? Nie tniesz drzewa?
- Mamo, spójrz – Joasia lekko zadarła bluzkę – chcę ci coś pokazać.

- Muszę robić obiad, nie mam czasu na pogaduszki. A ty, zabieraj się do roboty!
– rozkazała stanowczym głosem.
- Nie mogę.
- Co? Powtórz, bo nie dosłyszałam – obruszyła się na dobre matka.
- Boli mnie bok – szepnęła Joasia, trzymając nadal uniesioną bluzkę.
- Bok? – kobieta zmarszczyła z niedowierzaniem brwi.– Co się stało?
- Ojczym zastawił na mnie pułapkę.
- Nie zmyślaj! – krzyknęła zdenerwowana kobieta.
- Spójrz, czym się owinęłam, aby mniej bolało.
- Zaraz, zaraz – wyszeptała matka rozglądając się wkoło – lepiej pójdziemy na spacer. Poczekaj na mnie przy lesie, przyniosę elastyczny bandaż – dodała.
   Po kilku minutach szły leśną ścieżką. Nagle matka przystanęła, jakby uznając, że znajdują się już w odpowiednio bezpiecznej odległości od domu, by rozmowę, którą podejmie, nie słyszał jej mąż.
- Posłuchaj – zaczęła – nie wolno ci oskarżać ojca.
- Mam kłamać?
- Buzia na kłódkę. Jak nic nie powiesz, to nie będzie kłamstwa. Proste?
- Jak to? Nie rozumiem...
- Pamiętaj – matka uniosła palec prawej ręki do góry, po czym zaczęła nim grozić
– nawet ptak nie brudzi swego gniazda. Ty chyba jesteś mądrzejsza od niego?
- Co ptak ma wspólnego ze mną? – dopytywała się Joasia.
- Dużo. O swojej rodzinie nie mówi się źle.
- Ale…
- Nie ma, ale – przerwała – niefortunnie przewróciłaś się na pniak. Rozumiesz?
- Dlaczego, na pniak?
- Ponieważ byłaś nieostrożna. Tak na przyszłość, to patrz pod nogi – skarciła ją matka.
- Rozumiem – odrzekła Joasia ze wstydem, że rodzicielka każe jej kłamać.
- Ściągnę ci te rajstopy. No proszę, jakie sińce, ale to od ściśnięcia, nie od uderzenia
– stwierdziła jakby jednocześnie usprawiedliwiając męża. – Spójrz, rajstopy zrobiły się jak sznurki – powiedziała matka, o czym wyjęła z kieszeni fartucha szeroki, elastyczny bandaż. – Tym zrobimy jak się należy.
- Mama to ma złote rączki – szepnęła szczęśliwa Joasia –teraz wcale mnie nie boli. Dlaczego tak bolało, chociaż nie zauważyłam rany?
Matka Joasi opuściła wzrok. Odnieść można było wrażenie, że nie chce odpowiedzieć na zadane pytanie.
- Powiedz, mamo – nalegała nastolatka.
- Na pewno przy tak silnym uderzeniu – kobieta zawahała się na moment – być może – uniosła palec – pękło któreś z żeber, dlatego dla pewności zabezpieczyłam je bandażem.
- Może trzeba pójść do lekarza? – przestraszyła się dziewczyna.
- Do lekarza? Po co? – skrzywiła się rodzicielka. – Po kilku tygodniach będzie już z tym dobrze, a z ojcem pogadam, aby w tym czasie ciebie nie czepiał się.
- Po kilku tygodniach? – zdziwiła się Joasia. – Już lada dzień będę miała dowód osobisty i…
- Dobra, dobra. Jak będziesz miała, to zrobisz, co zechcesz. A teraz idziemy do domu.
- Mogę zostać? Przecież nie zginę.
- Dobrze, tylko nie za długo – mruknęła kobieta i szybkim krokiem zaczęła oddalać się. W pewnej chwili zniknęła za grubymi drzewami.
   Joasia usiadła na miękkim mchu. Nie mogła uwierzyć w to, co usłyszała z ust matki. „Przecież ona zostanie z ojczymem aż do śmierci. A ja? Wyfrunę stąd prędzej czy później – analizowała w myślach – bok się zagoi, pójdę do pracy, wynajmę mieszkanie i będę nareszcie wolna jak ptak.”
- Ptak! – krzyknęła – który nie kala swego gniazda!


Olsztyn, 2010-08-19

Dodał(a): Teresa "Kalwara" Bojanowska
Dnia: 27 marca 2012, 17:41

Wszystkie materiały zawarte na stronie są autorstwa Teresy "Kalwary" Bojanowskiej.
Copyright © 2008-2018 www.bojanowska.com.pl. Wszelkie prawa zastrzeżone.
Ilość odwiedzin: 175775.