:: Prozy :: Ucieczka

Ucieczka
Siódme opowiadanie - prawdziwa historia
      
       Dowód osobisty      

    Kiedy ojczym wziął zaległy urlop i przebywał cały czas w domu, dni zdawały się nie mieć końca. Po wakacjach siostry Joasi już prawie miesiąc chodziły do szkoły, a ona mogła nareszcie, przy pomocy mamy, pozbyć się bandaży. Jeszcze w jej pamięci, niczym drzazga, tkwił moment uderzenia o rant podłogi, scena wpadnięcia do zastawionej przez ojczyma piwnicznej pułapki. Mimo niedawnych perturbacji zdrowotnych dziewczyna była szczęśliwa, ponieważ nareszcie doczekała się upragnionego dowodu osobistego. Po kryjomu oglądała go dosłownie ze sto razy. Dokument okładki miał w kolorze zielonym, a wewnątrz znajdowało się zdjęcie właścicielki.
– Moje nazwisko i imię – Joasia dotykała delikatnie palcami liter, jakby chcąc się przekonać, że są one rzeczywiste i umieszczone na odpowiednim miejscu zaświadczają o właściwej osobie. – Jestem już pełnoletnia – szeptała ustami pełnymi radości. A radość jej sięgała aż do nieba, ponieważ dokument ten był jej przepustką do innego, lepszego życia. Przynajmniej tak myślała. „Muszę go strzec jak oka w głowie, aby nie dostał się w ręce ojczyma. Na pewno schowałby mi go” – myślała rozdygotana. Zaczęła zastanawiać się, gdzie ma dowód ukryć. „Może na strychu? Nie. Prawie zawsze jest zamknięty na klucz. Muszę uprosić mamę, aby kupiła regionalną gazetę. Tam na pewno przeczytam coś o pracy. Noga moja więcej nie postanie w tym koszmarnym domu” – powtarzała w myślach.
- Mamo… – Joasia zwróciła się nieśmiało do matki zamykającej bramę na śmiesznie wygięty drut, przypominający obręcz koła dziecinnego rowerka.
- Co znowu wymyśliłaś? – mruknęła rodzicielka.
- Schowasz mi dowód osobisty?
- Włóż go do szafy, i tyle…
- Do szafy? – zdziwiła się Joasia. – Przecież tam każdy zagląda.
- I co z tego? Połóż tam, gdzie mój.
- Jak ojczym tam…
- Przestań, przecież ci go nie zje.
- Kto wie? Wolałabym go schować w inne miejsce.
- Z byle czego robisz problemy.
- Dowód to nie byle co. Schowajmy go tam, gdzie ojczym nie zagląda, proszę.

- Jak zwykle jesteś uparta – głośno cmoknęła matka, pokręciła głową i po chwili dodała: – To może w piwnicy? On prawie tam nie chodzi.
- W tej wilgoci?
- Hmm… masz rację, piwnica odpada. Schowaj go w swoje rzeczy do szafy w pokoju… i będzie zawsze pod ręką.
- Dobrze, ale myślę, że to zbyt prosta kryjówka.
- Najlepsza jest taka – zapewniła matka.
- Kupisz gazetę?
- Po co ci? – zdziwiła się kobieta jak zwykle marszcząc przy tym czoło.
- Chcę poszukać pracy.
- Dziecko, na zimę? Poczekaj do wiosny. Ja popytam znajomych, poproszę ojca…
- Nawet nie waż się wspominać przy nim o pracy – przerwała Joasia – sama wiesz, jaki jest wredny.
- Nie wydziwiaj. Nie jest tak źle. Masz dach nad głową, czy nie?
- Mam – mruknęła.
- Przyznaj, że ostatnio leniuchowałaś…
- Tak, leniuchowałam. Mamo, przecież wiesz, dlaczego… Zresztą powiedz mi, co ja będę tu robiła przez całą zimę?
- Dziecko, gdybyś tylko chciała, to zawsze możesz znaleźć zajęcie. Jeszcze ci nie mówiłam… biorę pracę chałupniczą.
- Mało masz zajęcia?
- To nie o to chodzi, czy mało, czy dużo. Pieniędzy nigdy nie jest za wiele. Pomogłabyś.
- Co będziesz robiła?
- Będę szyła różne rzeczy, rękawice, męskie slipki…
- Przecież ja nie umiem szyć.
- W gospodarstwie pomożesz, a przy chałupnictwie nie musisz szyć, trzeba będzie rozkładać, układać, pakować…
- Mamo! Przecież kura, gdyby chciała, to obsiadłaby całe gospodarstwo.
- Mądrala. Proszę cię, zostań z nami na zimę.
- Zastanowię się, choć tak naprawdę to nie wiem, w jakim celu miałabym zostać. Chyba, że będę służyć jako parawan – Joasi wyrwało się ostatnie zdanie, więc zaraz zaczęła żałować, że je powiedziała.

Matka opuściła wzrok, rąbkiem fartucha otarła powieki, odkręciła się w drugą stronę i bez słowa zaczęła iść do domu.
- Przepraszam! – krzyknęła Joasia dobiegając do matki – przepra- szam, nie chciałam. Ja tak nie myślę.
- Przeprosiny przyjęte – odpowiedziała spokojnie kobieta. – A teraz chodź, pomożesz mi przy praniu.
- Z przyjemnością – Joasia nieśmiało ujęła matkę za rękę. Kiedy tak szły obok siebie, dziewczyna czuła ciepło jakie emanowało z ręki matki i rozlewając się po całym jej młodzieńczym ciele dotarło wprost do serca. „Dla takich chwil warto być blisko mamy” – pomyślała przepełniona mistycznym niemal szczęściem.
   Joasia poszła do pokoju. Poszperała w szafie, a potem uszczęśliwiona weszła do kuchni. Pralka o nazwie „Frania” stała już na środku pomieszczenia, a wypełniona wodą wanna lśniła błękitnym kolorem. Matka wyjmowała z pralki wyprane rzeczy, Joasia starannie moczyła je w wodzie, po czym wyciskała i układała na misce. Potem na podwórku rozwieszała je, przypinając klamerkami. Po niespełna dwóch godzinach na sznurkach trzepotała śnieżnobiała, pachnąca bielizna. Nastolatka kochała ten specyficzny zapach wypranych rzeczy. Kiedy zbierała wysuszone już rzeczy lubiła dotykać twarzą wypranej bielizny.
   Czwartkowy dzień zapowiadał się znakomicie. Matka pozwoliła Joasi pomagać przy obiedzie. Co prawda posiłek planowany był dopiero na piętnastą, kiedy siostry wrócą ze szkoły, ale kobiety wcześniej zaczęły przygotowywać do niego niezbędne składniki.
   W tym czasie ojczym przebywał na podwórku w małej szopie. Chyba reperował rowery, bowiem wystawił je na zewnątrz.
   Joasia przyniosła z piwnicy słoik z mięsem, potem naniosła drewna pod kaflową kuchnię, by w odpowiednim czasie rozpalić tam ogień. Panie na chwilę przysiadły przy stole, matka miała przed sobą filiżankę kawy, Joasia herbatę.
- Czy ja gorszy? – usłyszały nagle znajomy, męski głos – zróbcie i dla mnie kawę.
   Joasia wstała z krzesła, włączyła elektryczny czajnik, w którym w mig zagotowała się woda. Zalała kawę i postawiła filiżankę obok rąk ojczyma.

- Proszę, smacznego – wyszeptała.
- Dziękuję – mruknął. Słowo „dziękuję” zrobiło na Joasi duże wrażenie, bowiem usłyszała go z ust ojczyma po raz pierwszy w życiu.
- Wiesz co, matka? – zwrócił się do żony – potrzebuję kilka nakrętek. Spójrz
– wyjął jakieś drobiazgi z kieszeni – te mają popsuty gwint, a na dziś są mi niezbędne.
- Mam je kupić? – spytała kobieta.
- Jak byś mogła przejść się do żelaznego sklepu…
- Może ja polecę. Będzie szybciej – wtrąciła Joasia.
- Nie! – powiedział stanowczo ojczym – lepiej to zrobi matka.
- No, dobra – zgodziła się matka Joasi i spojrzała na zegarek – Możesz w tym czasie obrać ziemniaki? – zwróciła się do córki.
   Dziewczyna w ekspresowym tempie obrała ziemniaki, po czym wyszła przed dom. Ojczym nadal coś tam grzebał przy rowerach. „Lepiej zejdę ojczymowi z oczu” – pomyślała. Minęła ostrożnie kuchnię i weszła do pokoju. Przelotnie, delikatnie, musnęła drzwi szafy.
– Poczekam na mamę – wyszeptała kładąc się na łóżku.  Mimowolnie jej wzrok zatrzymał się na szafie, jakby chciała spojrzeniem bronić dostępu do skrytki, w której leżał jej dowód osobisty. Powieki z każdym oddechem stawały się coraz cięższe. Zasnęła.
   Szła ulubioną, leśną ścieżką. Było pięknie, zielono, echo odbijało stukot dzięcioła. Nagle jej stopa utknęła w żelaznym potrzasku. Nachyliła się, chwyciła dłońmi za żelazne zęby pułapki, by je rozchylić, lecz te nie poddawały się. Była zrozpaczona, próbowała krzyczeć, ale głos nie chciał wydobyć się z gardła. W pewnej chwili zauważyła węża. Jej serce prawie stanęło z przerażenia. Gad wyprostował się, dał błyskawicznego susa do przodu i w mgnieniu oka ukąsił ją w nogę. Ból był nie do zniesienia. Przy następnym ataku gada naprężyła nogę i z całej siły szarpnęła nią, lecz niestety, kończyna była na amen uwięziona. Ogarnął ją paniczny lęk. Chciała krzyczeć, ale głos utkwił przy wylocie gardła. Kiedy ponownie próbowała ruszyć zakleszczoną nogą, przebudziła się.
   Nad nią stał ojczym z pasem w dłoni.
- Co ojciec wyprawia!? – krzyknęła przerażona. Na nic zdało się szarpanie nogą. Sznurek, który zacisnął pętlę na jej kostce, naprężył się, szczebel od łóżka, do którego uwiązany był drugi koniec sznurka,
nie chciał popuścić.
- To, co mi się podoba! – wrzasnął – to mój dom! Ciebie nie znoszę! Nie mogę patrzyć na twoją przemądrzałą gębę! – wykrzykiwał. Pasem uderzył pasierbicę powyżej łydki. Dziewczyna nie czuła jednak bólu, w odpowiednim bowiem momencie naprężyła się i jeszcze raz szarpnęła nogą. Szczebel wydał charakterystyczny odgłos, po czym pękł w połowie. Joasia chwyciła za pasek, raptownie poderwała się z łóżka i wreszcie stanęła na równe nogi.
- Puszczaj! – miotał się ojczym – puszczaj, zakało!
- Jeszcze czego! – wykrzyknęła wyrywając mu z dłoni pasek. Ojczym zaczął przebierać nogami, aż słychać było odgłos gumiaków.
   Joasia zastanawiała się, czy pognać za nim ze szczeblem na sznurku i paskiem w dłoni. Dogonić go i przyłożyć kilka razów po plecach, aby odczuł, jak takie lanie smakuje. Jednak ręka jej opadła. – Przepraszam, Panie Boże, za taką myśl
– szepnęła. Uwolniła stopę z pętli, podeszła do szafy, wyjęła dowód osobisty.  Założyła bluzkę z kieszonką na guziczek i włożyła w nią swoją przepustkę do dorosłości.
   Opuściła dom, jak przeważnie to czyniła, przez okno. Wyrzuciła pasek w krzaki. Długo przemierzała leśne zarośla. Pod jej stopami uginał się mech. Minęła oparty o drzewo czerwony motocykl. Nie zastanawiała się czyj to pojazd. Gdy dotarła na skraj lasu, usiadła.
   Wszystko było dla niej tutaj obce, nieznane. Spojrzała na stopę. Powyżej kostki zaznaczała się czerwona opaska ze zdartym naskórkiem, nieco wyżej widniały dwie czerwonofioletowe, szerokie wstążki. Pośliniła dwa palce i nawilżyła nimi dokładnie obszar wokół zranionej nogi. – O, teraz lepiej – wyszeptała i spojrzała w górę. Uświadomiła sobie, że tam, wysoko, jest Pan Bóg, który słyszy jej myśli, widzi tyranię ojczyma. Świadomość ta dodawała jej niesamowitej siły, uodporniała na wszystkie przeciwności jakie znosiła i jakie jeszcze miała w przyszłości znieść. Nie, nie skarżyła się. Tutaj, w ciszy i samotności, było jej z całą pewnością lepiej i bezpieczniej niż w rodzinnym domu.

Olsztyn, 2010-10-13

Dodał(a): Teresa "Kalwara" Bojanowska
Dnia: 23 kwietnia 2012, 07:08

Wszystkie materiały zawarte na stronie są autorstwa Teresy "Kalwary" Bojanowskiej.
Copyright © 2008-2018 www.bojanowska.com.pl. Wszelkie prawa zastrzeżone.
Ilość odwiedzin: 174901.